w ostatnią sobotę mogłam cieszyć się ze spotkań, jakie zostały zorganizowane przez Big Book Festival :) I to nie w byle jakim miejscu a w samym Cafe Bristol na Krakowskim Przedmieściu.
Kiedy dotarłam juz na miejsce - a byłam tam około 12:40 - zdążyłam jeszcze na spotkanie pt: Wprowadzenie do życia w przedwojennej Polsce, które prowadzili Maja i Jan Łozińscy - autorzy takich książek jak "W przedwojennej Polsce: życie codzienne i niecodzienne", "W kurortach przedwojennej Polski" czy "Historia polskiego smaku". Bardzo barwnie opowiadali o codzienności Polaków z lat 20. i 30. oraz podpowiadali, gdzie jeszcze dziś można ewentualne zobaczyć choć skrawek tamtego życia. Siedząc na samym końcu niewiele udało mi się dosłyszeć, natomiast wydaje mi się że autorzy wspominali ulicę na warszawskim Żoliborzu a mianowicie ulicę Nigolewskiego, na której ma się mieścić budynek z 1928 roku ;) ale jak to mówią - kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi ;)
Później chwila przerwy i gdy zrobiło się trochę mniej tłoczno, bezczelnie usadziłam się przy najbliższym możliwym stoliku :) Zamówiłam pyszną kawę i deser w ramach festiwalowego szaleństwa, a wierzcie mi - wiem co mówię :) Było to bowiem latte macchiato z likierem pomarańczowym i czekoladą (po której lekko zaszumiało mi w głowie, bo kelnerki chyba nie pożałowały mi pysznego likieru ;) oraz pyszna piramidkowa babeczka z owocami :)
Wiedziałam, że na prezentacji/ spotkaniu autorskim z prof. Anną Sieradzką ma się również pojawić Retro Chic Chick oraz Vintage Girl - i jak zapowiadały, tak zrobiły (co dla potwierdzenia mych słów widać na niektórych zdjęciach ;)
No cóż - co do samego spotkania ja byłam i jestem nadal bardzo zadowolona :) Oczywiście można mieć zastrzeżenia - że autorce nie można było zadać żadnych pytań, że klimatyzacja nie nadążała z chłodzeniem tak zmasowanej publiczności, że pokaz mody, który miał się odbyć, de facto był raczej wystawą muzealną, no i co najważniejsze, że koszt zakupu wody przewyższał oczekiwania a nawet najśmielsze obawy ;)
Sądzę, choć może moje przemyślenia są błędne, że organizatorzy unikali pytań od zebranych gości do Autorki ze względu na jej wiek. Jak bowiem zauważyłam wszystkie pytania i odpowiedzi były dokładnie przestudiowane zarówno przez Panią Redaktor prowadząca rozmowę oraz samą Autorkę :) Natomiast sama Pani profesor była i jest tak urocza kobietą, że wszystko jestem jej w stanie wybaczyć :)
Całą imprezę wspierała grupa Rekonstrukcyjna Bluszcz, która widać na zdjęciach - dziewczęta wyglądały po prostu cudownie pięknie i oszałamiały swą urodą i strojami :)
Na zdjęciu powyżej widać, że Vintage Girl wiedziała doskonale gdzie usiąść :) Towarzystwo miała wyborowe! :)
Można powiedzieć, że Bluszczowe Kobiety były idealną oprawą całego spotkania i aż żal, że to nie one występowały w pokazie mody, a raczej jego braku...
Profesor Anna Sieradzka - autorka książki o Modzie w przedwojennej Polsce, cierpliwie wpisywała się do książek :) Tu akurat do mojej, która ma już swoje honorowe miejsce ;)
A to już wspomniany wcześniej pokaz i tłum ludzi jaki się zebrał, aby go zobaczyć. Niestety owym pokazem były po prostu wystawione na manekinach stroje z kolekcji Pana Adama Leja. Oczywiście stroje przepiękne, ale... No właśnie - ale...
I na koniec autorka w towarzystwie Grupy Rekonstrukcyjnej Bluszcz :) Czyż nie wyglądają razem pięknie? :)
Na sam koniec, gdy już kierowałam się z Retro Chic Chick do wyjścia okazało się, że wejście do Hotelu Bristol okupują fani - ale nie mody przedwojennej Polski - a Paula McCartneya :))) Przebrnęłyśmy przez istny ludzki gąszcz i każda udała się w swoją stronę :) Niemniej jednak podziwiałam ich za oczekiwanie choćby na jego pojawienie się w oknie przy + 40 stopniach w cieniu ;))
Reasumując - spotkanie uznaję za udane i ciesze się, że udało mi się na nie dotrzeć przy moich ostatnich perypetiach :D a ewentualne niedociągnięcia samego spotkania zwalam na karb nieznośnie wysokiej temperatury w tym dniu ;)
Lilly
a na sam samiuśki koniec kilka kiepskiej niestety jakości zdjęć kreacji z pokazu mody
kto z nas nie lubi dobrego soczystego hamburgera? :) Ja przyznaję się bez bicia, że je uwielbiam, choć nie zawsze mam okazję do zjedzenia naprawdę dobrego - no i trzeba też dbać o "wahającą się" linię ;) A jeśli dodać do tego typowo amerykański charakter wnętrza nawiązujący do barów lat 50-tych? :) Czy może być coś lepszego? ;) Czy można się takiemu oprzeć i nie wejść? Po sobie mogę Wam powiedzieć, że się nie da! :)
W zaufaniu jednak mogę Wam zdradzić, gdzie znajduje się ten fantastyczny, choć nieduży lokal :) Tam zjecie porządną bułę z porządnym kawałem mięcha i dowolnymi dodatkami - a wierzcie mi, jest w czym wybierać ;)
Pewnie powiecie, że trzeba za taki zestaw lub samego hamburgera słono zapłacić - otóż nie! :) Ceny samych burgerów jak i zestawów są na prawdę przystępne i sama byłam tym faktem mocno zaskoczona :)
Ale co ja będę tu Was przekonywać - najlepiej sprawdzić samemu ;) Owa tajemnicza lokalizacja to Boca Burgers przy ulicy Oboźnej 9.
Jak to wszystko wygląda na miejscu? Ano burger podany jest na drewnianej tacce
razem z sałatką coleslaw (która swoją drogą jest po prostu przepyszna) i
bardzo dobrymi frytkami. Uwieńczeniem całej kompozycji jest flaga z
logo Boca Burgers, która jest po prostu urocza i sprawia przyjemność takim gadżeciarom jak ja ;)
Namówiłam Was? Bo mnie już zaczęło burczeć w brzuchu ;)
kto z Was był na Saturday Night Cruise łapka w górę~! :) Ja byłam - a i owszem - chwilę, bo chwilę, ale byłam :)
Mówiąc szczerze spodziewałam się czegoś o wiele większego, ale cóż - jak to mawia mój R. - życie czasem depcze wyobraźnię ;) Oprócz zdecydowanie mniejszych gabarytów od spodziewanych, atmosfera była fantastyczna :)
Wcale nie marudząc, przeszłam wzdłuż linii samochodów i podziwiałam piękne okazy motoryzacji. Ale nie tak całkiem bezproduktywnie ;) To co było obiektem mojego zainteresowania, możecie znaleźć poniżej :))
Całuję,
Lilly
...a na koniec dumny Kredens z równie dumną Lilly ;)
czy wspominałam Wam już, że moją ukochaną marką kosmetyków jest Benefit i wszystko co z nią związane? ;) Jak możecie się więc domyślić, po przeczytaniu postu na FB, że na wszystkie BeneFans czeka impreza z okazji otwarcia nowego Brow Baru nie mogło być inaczej - musiałam się tam pojawić :)
Wielką fetę z okazji otwarcia widać było już w sumie od samego Ronda Dmowskiego - nawet pomimo standardowej ostatnio pogody ;) Tak więc zastanawiając się co zastanę w środku, przemierzałam szybkim krokiem Marszałkowską, aż w końcu dotarłam i... stanęłam przed wejściem zachwycona już samym początkiem :)
Dziewczęta witały wszystkich zainteresowanych, a tych nie zainteresowanych starały się wciągnąć w zabawę :) Kiedy weszłam już do środka, mym oczom ukazały się stanowiska Brow Baru, przy których oczywiście stały dwie Moje Ulubienice, ale o tym za chwilkę :)
Choć to one rzuciły mi się pierwsze w oczy to popychana przez jakąś siłę skierowałam swój wzrok bardziej na prawo, a tam ukazał się mym oczom duży stół zastawiony takimi smakołykami jak różowe babeczki o smaku kawowym (!) - było to dość osobliwe doznanie ;)
Różowe, acz kawowe babeczki ;)
Gdy zwróciłam ponownie swój wzrok w kierunku nowych stanowisk Brow Baru dostrzegłam przy jednym z nich nikogo innego jak samą Vintage Girl :) Siedziała grzecznie u Wszech Mistrzyni Brwi Kasi Bogdańskiej i czekała na wynik jej twórczej pracy :) a ja w międzyczasie pstryknęłam im kilka zdjęć ;)
Vintage Girl i Wszech Mistrzyni Kasia Bogdańska
W międzyczasie, oczekując na Wszech Mistrzynię Kasię oraz Przeuroczą Ekspertkę Karolinę Drzewaszewską, a dając odpocząć Vintage Girl od aparatu ;) poszłam raz jeszcze popatrzeć na to co dzieje się wokół stanowisk. A wierzcie mi - działo się i to dużo~!
Przy kąciku napojowo -żywieniowym krzątały się pięknie ubrane i uczesane Benefitki dbając o dobre samopoczucie wszystkich kobiet, które przyszły albo zapoznać się z nowym Brow Barem, albo od razu zrobić się na bóstwo :)
Z drugiej strony zaś - a dokładnie po drugiej stronie szyby :) - dziewczyny świetnie się bawiły, a tańcem zachęcały wszystkie kobiety do wejścia w świat Bnefitu. Aż żałuję, że nie zdołałam uchwycic tego swoją żałosną imitacją kawery w telefonie :) Zawsze to coś, a i Wam mogłabym wtedy pokazać jak kolorowo i optymistycznie było tego dnia :)
W końcu nastał czas, gdy mogłam bez skrępowania zabrac trochę czasu Mym Ulubienicom :) I tak oto chwilę pogadawszy, nie mogłam odmówic sobie uwiecznienia ich pięknych fryzur, makijażu i ubioru ;)
Wszech Mistrzyni Kasia Bogdańska
Przeurocza Ekspertka Karolina Drzewaszewska
Jak okreslił mój R. na zdjęciach z dziewczynami wyglądam niczym Columbo~! :D (który nota bene też jest retro, choć poza płaszczem mam nadzieję, że nie widać żadnych innych podobieństw :)
Cóż mogę jeszcze więcej dodać? W sumie to chyba tylko tyle, że kogo nie było, niech żałuje :)) Było fantastycznie a atmosfera jaka tam panowała naładowała moje akumulatory aż do granic :)a może nawet i bardziej ;)
kogo nie było - niech żałuje! Taka prawda i innej prawdy, powiadam Wam, nie ma :)
Faktycznie spotkanie rozpoczęło się o godzinie 12, jednakże fakt, iż tego właśnie dnia postanowiłam wysprzątać wraz z Mamą i R. niesprzątaną prawie od dwudziestu lat piwnicę, sprawił że najnormalniej w świecie przybyłam z godzinnym opóźnieniem... Na szczęście udało mi się pozbyć chyba dwu-centymetrowej warstwy kurzu i pyłu z siebie i doprowadzić się do względnego porządku :)
Samo powitanie nie mogło być lepsze (choć jak przystało na mnie musiałam chwilę pobłądzić po piętrach ;) bo w drzwiach stanęła sama Retro Chick Chic i ze swym promiennym uśmiechem zaprosiła mnie do środka :) Równie dobrze - po uświadczeniu mnie swym wspaniałym uśmiechem - mogła mi zamknąć drzwi przed nosem a i tak stałabym tam cała w skowronkach ;)
Po wejściu zostałam oszołomiona ilością osób, które przyjechały oglądać wszystkie te przepiękne rzeczy! I aby nie zostać z niczym, rzuciłam się w wieszaki ;) Były tam wspaniałe gorsety i pasy od Grety i od Vermilion Corsets, piękne sukienki z Brit Style oraz prawdziwe dzieła sztuki stworzone przez Mashę.
Na dobrą sprawę trudno było się zdecydować, w którą stronę najpierw pójść, ale wybrałam Brit Style. Choć dobrze wiem, że ich ceny nie są zbyt niskie, to skuszona przez Retro Chick Chic i jej diabolicznymi podszeptami o rabacie, wzięłam dwie sukienki pod pachę - pierwsza, którą widzieliście już pewnie na FB jest przylegająca do ciała i dość różowiutka, druga natomiast była czarna w białe groszki i de facto w typowym dla lat 50-tych stylu. Po przymiarce ze stuprocentową pewnością orzekłam (sama do siebie ;), że obie bardzo mi odpowiadają ;) Ale co z tego, skoro budżet tak ograniczony? Jedna po prostu musi poczekać do następnej wypłaty - innej rady nie ma ;) Która została zakwalifikowana jako ta druga? Ano czarna w białe groszki - ale jeszcze trafi w moje łapki :)
Kiedy nieco się wahałam przy decyzji o zakupie sukienki, trafiłam w mały składzik "wymienię lub sprzedam". Gdyby nie fakt, że przyniesione buty były na mnie za duże, jak i poniektóre ubrania, to na pewno wyniosłabym stamtąd zdecydowanie więcej :) W momencie, gdy przeglądałam wieszaczki, nawiązała się rozmowa z osobą, z którą od razu poczułam swoistą więź... Nieco mnie to zastanowiło, ale nie ma to jak pozytywne odczucia! :) Od słowa do słowa, Bogna stwierdziła, że podaruje mi swój przepiękny żakiet, w którym nota bene nie wiem czemu już nie chodzi... W tym miejscu raz jeszcze, z całego serca, chciałam Ci Kochana podziękować! Jak się później okazało, owa więź, którą poczułam do Bogny na spotkaniu, miała swoje uzasadnienie - obie pobieramy/łyśmy nauki w jednej z najfajniejszych szkół języka francuskiego w Warszawie :) Jednak swój do swego ciągnie ;)
W myślach podliczyłam swoje wydatki na sukienkę :) Przytłoczyła mnie nieco ta myśl, ale kiedy na nią spojrzałam wiedziałam, że musi znaleźć się w mojej szafie. Wiedziałam, ale żeby nieco ochłonąć postanowiłam napić się kawy w małym kawowym kąciku (wcale nie był taki mały, a ilość jedzenia po prostu przygniatała :) Tam spotkałam swoje dobre znajome z zajęć burleski i wspólnie napiłyśmy się przepysznej kawy (o tak!) od Pauliny pracującej na co dzień w 'Kafce'. Szczerze mówiąc nie jestem fanką zwykłej czarnej kawy, ale to co z nią zrobiła Paulina nie wymagało ani mleka, ani cukru!
Będąc nieco zaaferowana kawą całkiem nieświadomie skierowałam swoje krnąbrne ręce w kierunku wieszaków Mashy. Tak - z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że w sumie to powinnam była chwycić cały stojak i z nim wrócić do domu :) Tak nie zrobiłam, ale owszem chwyciłam jeden z wieszaków, na którym wisiała spódnica. Jej pastelowe kolory mnie zaciekawiły, więc postanowiłam ją przymierzyć. Czy był to dobry pomysł? Na pewno! :) Śliczna Ola z turbanem na głowie, która z resztą wystawiała biżuterię własnej roboty, zaopiekowała się mną i poradziła bym założyła jeszcze do tego halkę. I? Bingo! Trafiona zatopiona :) Grzecznie wszystko złożyłam i poszłam do Mashy złożyć swoje zamówienie :) Tu kolejne podziękowania dla Prawej Ręki~ czyli Oli!
Byłam już przeświadczona, że nic innego nie wypatrzę a i moja kieszeń tak na tym nie ucierpi :) Jak bardzo się myliłam~! W sumie zbierałam się już do wyjścia i z zadowoleniem obserwowałam Niebieską Pati, jak przymierza po kolei chyba wszystkie ubrania Eweliny Ivy, kiedy w oka kącie dostrzegłam coś na kształt gorsetu. Okazało się to stanikiem, ale w bardzo gorsetowej postaci :) Cóż mogłam zrobić skoro na mnie pasował? Nic innego, jak go po prostu kupić! :) I takim oto sposobem Ewelina wróciła z pełnym portfelem i pustą torbą ;) w dużej mierze dzięki Pati :)
Niestety po godzinie 15 musiałam się zbierać, a szkoda bo dopiero co nadjechała Nina Holy :)
Tak oto wyglądała pokrótce moja wizyta na Pin Up Your Style u Retro Chick Chic. Czekam na więcej, bo było na prawdę fantastycznie :) A poniżej kilka zdjęć z tego wydarzenia.
przebyliśmy już wspólnie długą drogę naszym wehikułem po polskiej scenie muzycznej. Od czasów międzywojnia, aż do lat 50-tych, kiedy to wszystko powoli się odradzało. No i jesteśmy dziś tutaj - w latach 60-tych, które przyniosły zauważalne ożywienie w tematyce muzycznej. Choć ta dekada zaowocowała w wielkie zmiany kulturalne i obyczajowe, to głównie miało to miejsce na Zachodzie. Dlaczego głównie tam, a nie tylko tam? Chociaż Żelazna Kurtyna skutecznie izolowała nas od zachodniego świata, to nie była ona całkowicie szczelna. Można rzec, że paradoksalnie taki stan rzeczy naszej muzyce tylko wyszedł na dobre, bo w konsekwencji twórczość lat 60-tych charakteryzuje się ogromna oryginalnością.
W związku z wielkim wykwitem zarówno solistów, jak i zespołów, miałam nie lada problem, aby spośród nich wybrać ich przedstawicieli. Dlatego też w tej - ostatniej już - odsłonie nie będzie Wielkiej Piątki - będzie za to WIELKA DZIESIĄTKA!
(jak i w poprzednich częściach obowiązuje kolejność alfabetyczna)
***
Pierwszą w kolejności poza kolejnością jest Ewa Demarczyk - piosenkarka wykonująca utwory z gatunku poezji śpiewanej. Do tej pory jest ona uznawana za jedna z najbardziej charyzmatycznych i utalentowanych artystek. Dodatkowo Ewa Demarczyk posiadała wybitne zdolności interpretacji tekstów.
Chociaż śpiewała od dziecka, to wcale nie marzyła o karierze piosenkarki. Podobno myślała o medycynie, lecz ostatecznie skończyła szkołę teatralną. Jednak jej przeznaczeniem było śpiewanie, a nie aktorstwo.
Ciekawostka: Ewa Demarczyk miała problem z ukończeniem szkoły teatralnej, a to za sprawą prof. Danuty Michałowskiej, która dawała jej przez kilka lat ocenę niedostateczną z dykcji. "To dopiero piękna anegdota! - śmiał się Mieczysław Święcicki - Przecież ona miała taką perlistą, wspaniałą wymowę".
Jej kariera rozpoczęła się w 1963 roku, kiedy to wystąpiła na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zaśpiewała wtedy "Karuzelę z madonnami, "Taki pejzaż" oraz "Czarne anioły" - za te wykonania otrzymała wówczas nagrodę festiwalu. Nie trzeba przy tym chyba wspominać jak wielki wzbudziła entuzjazm publiczności, a także krytyków. Na kolejnym już festiwalu, tym razem w Sopocie, w 1964 roku wygrała po raz drugi za wykonanie piosenki "Grande Valse Brillante".
Ciekawostka numer dwa: Mieczysław Święcicki opowiadał: "Jestem bardzo antynikotynowy i nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Ewa pali przed wejściem na scenę. Widzę ją z tymi jej carmenami w dłoni, gdy mówi: Ale mnie to w niczym nie przeszkadza. Potrafiła się zmobilizować w każdych warunkach".
Występowała nie tylko w Polsce, ale np. też w Genewie na XX-leciu istnienia Organizacji Narodów Zjednoczonych, czy w paryskiej Olimpii, do której zaprosił ą sam Bruno Coquatix - właściciel sali.
W 1967 roku Ewa Demarczyk wydała swoja pierwszą płytę, która okazała się wielkim sukcesem. Sprzedała się wówczas w nakładzie ponad 100 000 tysięcy egzemplarzy.
Wraz z z Zygmuntem Koniecznym stworzyli nową jakość w polskiej piosence. Piosenka aktorska czy poezja śpiewana wzięły swój początek właśnie z ich twórczości.
Jak postrzegano Ewę Demarczyk? Jako poważną, suchą a nawet demoniczną. Tak podobno chcieli widzieć ja zarówno wielbiciele, jak i krytycy. W rzeczywistości zaś była osoba bardzo ciepłą i koleżeńską. Na przykład gdy stróż wyrzucał po godzinie 23:oo już wszystkich z Piwnicy pod Baranami, ona zapraszała wszystkich do siebie. Nie było wtedy knajp, więc szli do jej mieszkania, gdzie mieszkały jeszcze matka i siostra. Nie miały dużo pieniędzy, a jednak chętnie częstowały i winem i czymś do jedzenia.
Dziś Ewa Demarczyk już nie występuje i zagadką jest dlaczego. Choć sama uważa, że w pewnym wieku śpiewać już nie wypada, to jej fani na pewno chcieliby zobaczyć ją jeszcze na scenie.
***
Jeden z pierwszych zespołów, których słowa piosenek nasi rodzice i dziadkowie znają na pamięć - to Filipinki!
Grupa wokalna powstała w 1959 roku przy Technikum Handlowym w Szczecinie z okazji 15-lecia szkoły, a swoja nazwę wzięto od tytułu pisma dla dziewcząt "Filipinka". Rok później dziewczęta zadebiutowały na konkursie piosenki "Szukamy młodych talentów". Zespół zyskał popularność w dwa lata później, tj. w 1962 roku, kiedy wystąpił w radiowym konkursie "Mikrofon dla wszystkich". Wtedy właśnie pojawiła się propozycja nagrań dla Szczecińskiej Rozgłośni Polskiego Radia, a niedługo potem utwory te zostały zaprezentowane szerszej publiczności na antenie ogólnopolskiej. Ten moment uznaje się za przełomowy dla Filipinek, bo właśnie wtedy z zespołu amatorskiego przerodziły się w profesjonalną grupę.
Szczyt popularności zespołu przypadł na lata '63-'65. Od tego momentu dziewczyny koncertowały tez za granicą, np w Szwecji czy NRD. W międzyczasie nagrały swoja pierwszą płytę i ponownie ruszyły w trasę do Anglii, Kanady, Francji, Bułgarii czy zaprzyjaźnionym ZSRR.
Z końcem lat 60-tych zespół zaczął tracić na popularności a ich występ z 1969 roku na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu przeszedł całkowicie bez echa.
Zespół oficjalnie zakończył działalność, po wielu zmianach w składzie, w 1974 roku, jednak nie da się zaprzeczyć, że stał on się wzorem dla innych późniejszych żeńskich grup wokalnych.
***
Anny German nikomu dziś nie trzeba przedstawiać i w dużej mierze jest to zasługa serialu, który został wyprodukowany przez Rosjan w koprodukcji z Ukraina, Polska i Chorwacją.
Ta niesamowita piosenkarka przyszła na świat w Urgenczu w Uzbeckiej części ZSRR (dziś imię Anny German nosi główna ulica tego miasta) w 1936 roku. Dziesięć lat później wraz z matka i babką Anna German wróciła do Polski i tu ukończyła studia z geologii.
Jako piosenkarka zadebiutowała w 1963 roku występując w III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, gdzie zdobyła II nagrodę za piosenkę "Tak mi z tym źle". Rok później również zdobyła drugie miejsce, tym razem w Opolu, za utwór "Tańczące Eurydyki".
Rok 1965 przyniósł German zmiany - poznała wtedy swojego przyszłego męża - Zbigniewa Tucholskiego, a także po występie w Opolu została zaproszona przez włoską firmę fonograficzną do Włoch, gdzie podpisała kontrakt na trzy lata. Ten sam rok przyniósł jej występ w paryskiej Olimpii, a w dwa lata później jako pierwsza i jedyna w historii polska artystka zaśpiewała na Festiwalu w San Remo.
Niestety w 1967 roku doszło do tragicznego wypadku samochodowego na Autostradzie Słońca, kiedy to Anna German wracała z koncertu. Powracała do zdrowia przez trzy lata, a w międzyczasie podczas rekonwalescencji napisała książkę pod tytułem "Wróć do Sorrento?", w której to opisywała swoje doświadczenia z pracy artystycznej we Włoszech. Na scene wróciła w 1970 roku z wszystkim znaną piosenką "Człowieczy los".
Ta wybitna artystka zmarła w 1982 roku na mięsaka kości, po długiej i wyczerpującej walce z ta ciężką chorobą.
Ciekawostka: Anna German operowała sopranem liryczno-koloraturowym wysokiego, niecodziennego tembru. Swym sposobem śpiewania, który był bez wątpienia unikalny, sprawiała wrażenie lekkości brzmienia zarówno wysokich, jak i niskich nut.
***
Kolejna dama polskiej piosenki - Halina Kunicka. Urodzona w 1938 roku we Lwowie absolwentka prawa (!).
Zadebiutowała dzięki swojej mamie, która namówiła ją do wzięcia udziału w konkursie dla wokalistów organizowanego przez Polskie Radio.
Jest piosenkarką o różnorodnym repertuarze. Mnóstwo piosenek napisali dla niej m.in. Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka czy Ernest Bryll. Kunicka sięgała również po klasykę przedwojennego kabaretu, czy romanse rosyjskie.
W swojej karierze nagrała czternaście płyt, z czego trzy osiągnęła status złotej a do jej największych przebojów należą takie piosenki jak: "Niech no tylko zakwitną jabłonie", "Lato, lato czeka", "To były piękne dni" czy "Od nocy do nocy".
Halina Kunicka koncertowała na całym świecie - od Nowego Jorku, San Francisco, przez Lizbonę, Paryż, Londyn, po Sidney i Tokio.
***
Helena Majdaniec to nasza "królowa twista". Urodziła się w 1941 roku na Wołyniu (czyli na obecnym terytorium Ukrainy). Od dziecka interesowała się muzyką - uwielbiała głos Brendy Lee i Connie Francis, ale szczególnie była zafascynowana muzyką Elli Fitzgerald.
Swój właściwy debiut Helena Majdaniec miała w 1961 roku, kiedy wziłęa udział w eliminacjach konkursu "Szukamy młodych talentów", które z resztą wygrała. Niedługo potem została organistka w zespole żeńskim "Klipsy", który to akompaniował Mieczysławowi Foggowi.W tymże zespole poznała Katarzynę Gartner, która do tekstu Ewy Rzemienieckiej skomponowała specjalnie dla niej piosenkę "Eurydyki tańczące". W późniejszym czasie piosenka ta w nowej interpretacji Anny German została zaliczona do kanonu polskich piosenek wszech czasów.
Kariera Majdaniec nabrała tempa w 1962 roku, gdy wzięła udział w Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Wykonała wtedy piosenkę "Bilet w jedna stronę" Neila Sedaki, lecz z własnym tekstem, jak również "Monikę", wielki szlagier tamtych lat. Owe interpretacje sprawiły, że Helena Majdaniec została jedna z laureatów Festiwalu, wchodząc do finałowej Złotej Dziesiątki. Zwycięstwo w Festiwalu natomiast przyniosło jej ogromna popularność.
W niedługim czasie potem wyjechała do Paryża, aby wystąpić w programie "Les idoles des jeunes" (Idole młodych). Wzięła również udział w przedpremierowym występie w sali kina Cyrano w Wersalu, a potem w Olimpii, gdzie zaśpiewała utwór "Happy End" w nowej aranżacji - dzięki zmianie wizerunku, Majdaniec wzbudziła zachwyt samego Gilberta Becaud, który stał się odtąd częstym gościem w Polsce. W paryskiej sali występowała u boku przyszłych gwiazd estrady jak The Shirelles i Stevie'ego Wondera czy Dionne Warwick. Po powrocie do kraju Majdaniec została okrzyknięta "Królową Polskiej Piosenki".
W 1968 roku Helena Majdaniec wyemigrowała do Francji i sporadycznie widywano ją na polskich estradach. Dopiero po śmierci ojca w 1991 roku postanowiła wrócić do Polski. Zmarła nagle w 2002 roku. Na jej nagrobku umieszczono słowa piosenki, które były tez jej życiowym mottem: Jutro będzie dobry dzień.
***
Pierwszy (i ostatni - jak kobieta rządzi to jeden przedstawiciel płci przeciwnej wystarczy ;) mężczyzna na naszej liście - Panie i Panowie - Jerzy Połomski!
Jest absolwentem Państwowej Wyższej
Szkoły Teatralnej w Warszawie. Aktorstwa uczył się u Stanisławy
Perzanowskiej i Ireny Kwiatkowskiej, śpiewu u Marii Mokrzyckiej i Wandy
Wermińskiej, a interpretacji piosenek u samego Ludwika Sempolińskiego.
Swój debiut miał w 1957 roku na deskach Teatru Buffo a niedługo potem zadebiutował również na polu piosenki, kiedy dokonał pierwszych nagrań radiowych. W rok później Połomski zdobył II miejsce w konkursie Polskiego Radia na najpopularniejszego polskiego piosenkarza. Od tego czasu jego kariera zaczęła nabierać tempa. Szczyt jego popularności przypadł na lata 60-te i 70-te, kiedy to jego utwory zajmowały pierwsze miejsca w plebiscytach radiowych, telewizyjnych czy prasowych.
Połomski, jak i wielu innych naszych znakomitych muzyków, koncertował również za granicą. Odwiedził takie kraje jak nieistniejąca dziś Czechosłowacja, Dania czy Anglia. Ze swoimi utworami zagościł tez na Kubie, a w 1967 roku i w 1969 został uznany za najpopularniejszego polskiego piosenkarza Polonii Amerykańskiej.
Piosenkarz do dziś jest aktywny i raz na jakiś czas ukazuje się szerszej publiczności tworząc nowe wersje swoich piosenek jak np. z zespołem Big Cyc.
Jego styl muzyczny charakteryzuje się klasyczną emisją głosu, w których to wyjątkowe znaczenie ma linia melodyczna.
***
Na naszym alfabetycznym miejscu siódmym znajduje się Łucja Prus.
Zadebiutowała już w wieku 20 lat w 1962 roku w Ogólnopolskim Konkursie Piosenkarskim a zdobyła w nim zaszczytne II miejsce. Na pierwsze jej nagrania studyjne nie trzeba było długo czekać, bo dokonało się to w rok później.
Niejednokrotnie występowała w estradowych programach poetyckich m.in. z Andrzejem Łapickim, jak również uczestniczyła w nagraniach muzyki do sztuk teatralnych, musicalu czy programów telewizyjnych.
Wylansowała tak znane piosenki jak "Nic dwa razy", "W żółtych płomieniach myśli" czy "Twój portret" a współpracowała z takimi tuzami jak Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka, Alicja Majewska, czy wcześniej wspominany Jerzy Połomski.
Trzykrotnie reprezentowała polska piosenkę na Festiwalu w Sopocie i jak wielu innych naszych artystów występowała za granicą. Koncertowała w Belgii, ZSRR, NRD, RFN czy Francji.
W 2002 roku niestety Łucja Prus zmarła na raka piersi, jednak pamięć o niej jest ciągle żywa. Od 2009 roku rokrocznie odbywa się Festiwal Piosenki Literackiej "W żółtych płomieniach liści" jej imienia.
***
Piosenkarka popularna w okresie bigbitu - Katarzyna Sobczyk zadebiutowała w 1961 roku w Koszalinie jako wokalistka amatorskiej grupy Biało - Zieloni. Dwa lata później wzięła udział w II Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i odniosła sukces znajdując się w Złotej Dziesiątce.
Katarzyna Sobczyk wyśpiewała wiele hitów a wymienić choćby kilka z nich po prostu trzeba - "Nie bądź taki szybki Bill", "O mnie się nie martw", "Trzynastego" czy "To nie grzech".
W latach 60-tych odnosiła wielkie sukcesy na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Dwa lata pod rząd zdobyła pierwszą nagrodę w kategorii piosenka rozrywkowa za "O mnie się nie martw" i "Nie wiem czy warto". W dwóch kolejnych latach również została wyróżniona za piosenki "Nie bądź taki szybki Bill" i "Trzynastego".
Pod koniec lat 70-tych Katarzyna Sobczyk wyemigrowała do stanów Zjednoczonych, gdzie nagrała jeszcze dwie płyty solowe. W 2008 roku wróciła na stałe do kraju, lecz była już ciężko chora na raka piersi. Wszystkim tym, którzy w tym czasie martwili się o nią dedykowała swoją piosenkę "O mnie się nie martw". Mówiła "Mimo chemioterapii, bólu, nudności, zmęczenia i puchnącej ręki, jestem wciąż pełna optymizmu".
Zmarła w lipcu 20010 roku w warszawskim Hospicjum Onkologicznym Świętego Krzysztofa a pochowana została na Cmentarzu Powązkowskim.
***
Energiczna i ceniona za swoją wyrazistość sceniczną - Karin Stanek to jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek lat 60-tych.
Data jej urodzenia jest bardzo dyskusyjna a to ze względu na fakt, że podobno zawyżała ona swój wiek, by móc pójść wcześniej do pracy. Rozstrzał w dacie urodzenia to 3 lata - pomiędzy 1943 a 1946 rokiem.
Była muzycznym samoukiem a swoją karierę rozpoczynała w amatorskich zespołach. W roku 1961 została zakwalifikowana do konkursu piosenki organizowanego przez Polskie Radio. Rok później wygrała konkurs "Czerwono-Czarni szukają młodych talentów" co automatycznie uczyniło ją wokalistka tej grupy. W tym samym roku wystąpiła z Czerwono- Czarnymi na festiwalu w Sopocie. 1963 rok przyniósł kolejne wyróżnienia - Stanek wzięła udział w I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu i tam wykonała przeboje "Chłopiec z gitarą", "Autostop" czy "Malowana lala".
Jej współpraca z Czerwono- Czarnymi zakończyła się w 1969 roku ze względu na trudną atmosferę w zespole. Przez chwilę występowała z polsko-czeską grupą The Samuels, ale ostatecznie rozpoczęła karierę solową. W latach 70-tych wyemigrowała z Polski do Niemiec i tam próbowała swoich sił, jednak bez powodzenia.Po długiej nieobecności wystąpiła w Sopocie w 1991 roku na koncercie poświęconym legendom polskiego rocka, gdzie została bardzo entuzjastycznie przywitana.
W 2007 roku Karin Stanek podupadła na zdrowiu. Niestety w 2011 roku zmarła w niemieckim szpitalu na powikłania po zapaleniu płuc i w Niemczech tez została pochowana.
***
Ostatnią, ale zdecydowanie nie najmniej ważną na naszej liście Wielkiej Dziesiątki jest Violetta Villas.
Kim była VV? Osobowością sceniczną, artystką estradową, śpiewaczką piosenek estradowych, pieśni operowych i operetkowych, aktorką teatralną, rewiową, kompozytorką oraz autorka tekstów. Mało? Chyba nie :)
Violetta Villas urodziła się w Belgii w 1938 roku w Heusy. Choć ochrzczona ją tam imionami Violetta Elisa, to ojciec - Bolesław Cieślak - zarejestrował ją jako Czesławę Marię.
W 1956 roku podjęła naukę śpiewu solowego w Szczecinie w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej, a po roku przeniosła się do Wrocławia, aby tam szkolić się pod okiem profesor Giseli Posch. Nie trwało to długo, gdyż Czesława przeniosła się do Warszawy i tu pobierała lekcje śpiewu klasycznego. Chociaż warunki głosowe zapowiadały jej karierę operową, to zrezygnowała ona z niej na rzecz występów estradowych.
Idąc za radą Władysława Szpilmana przyjęła pseudonim artystyczny. Uważał on, że Villas zrobi ogromną światową karierę, a jej prawdziwe nazwisko będzie trudne do wymówienia. Pseudonim powstał w wyniku połączenia pierwszych liter imienia Violetta oraz członu "las", bo jak później wyjaśniała mieszkała blisko lasu.
Zadebiutowała w 1960 roku w Polskim Radiu, dokonując tam swoich pierwszych nagrań. Od tego czasu brała również udział w "Podwieczorku przy mikrofonie".
Jedna z jej pierwszych piosenek, czyli "Dla Ciebie miły", zwyciężyła w konkursie Expressu Wieczornego na najlepszą polską piosenkę. Ostatecznie otrzymała 67 479 głosów, podczas gdy pozycja druga, czyli "Jeszcze poczekajmy" w wykonaniu Reny Rolskiej zdobyła "tylko" 33 tysiące.
W roku 1965 wzięła udział w III Festival International des Varietes et Music-Halls w Rennes, na którym zdobyła Grand Prix. W tym i następnym roku często dawała koncerty w Paryżu, między innymi w Olimpii. W 1966 roku, na prośbę dyrektora Olimpii, VV znalazła się w gronie artystów polskiego programu rewiowego. Na jego premierze Villas zaśpiewała "Ave Maria no morro" a także "Hiroshima, mon amour". Koncert ten znany jest przede wszystkim z epizodu, jaki miał miejsce na premierze, a dotyczył kryształowego żyrandolu zawieszonego pod samym sufitem. Ponoć podczas występu Violetty Villas drżał od siły jej głosu, a część publiczności nerwowo reagowała obawiając się jego zerwania. Właśnie ten fakt stał się inspiracją dla recenzji mówiącej o "głosie ery atomowej".
W Paryżu właśnie poznała Frederica Apcara i to na jego zaproszenie wyjechała do Stanów Zjednoczonych.
Przez pięć lat, począwszy od 1966 roku, Violetta Villas była gwiazdą rewii Casino de Paris, gdzie śpiewała arie operetkowe, operowe w dziewięciu językach. W swoim pierwszym programie wykonywała takie piosenki jak "Stragers in the night", "Granadę" czy "O sole mio". Występowała z takimi gwiazdami jak Frank Sinatra, Paul Anka, Charles Aznavour czy Dean Martin.
Koszt takiego przedsięwzięcia wynosił 50 000 dolarów. Jej osobistym stylistą był konsultant domu mody Dior - Patrick Valette. Na scenie pojawiała się albo na białym koniu lub też wjeżdżała Jaguarem XK-E. To jednak nie wszystko - biżuterię wykonywało dla niej Atelier Marangoni z Mediolanu, a buty włoska firma Quinte. Oczywistym natomiast jest fakt, że skoro za stylistę miała konsultanta domu mody Dior, to i Dior musiał projektować jej suknie.
W 1969 roku VV została zaproszona do gościnnych występów w Sahara Hotel & Casino, gdzie zaśpiewała duety z Barbrą Streisand i Connie Francis.
Violetta Villas jak wiemy, była aktywna jeszcze przez wiele lat, aż do 2007 roku kiedy to z powodu jej złego stanu zdrowia odwołano wszelkie koncerty. Później, można rzec, było już tylko gorzej - wszyscy pamiętamy cykliczne historie związane z jej Przytuliskiem oraz opiekunką.
Ta obdarzona niesamowitym głosem oraz będąca w latach 60-tych symbolem seksu kobieta powoli odchodziła w samotności otoczona jedynie (jak można jedynie podejrzewać) despotyczną opiekunką.
Odeszła z tego świata w 2011 roku. Jej śmierć do tej pory jest owiana niedopowiedzeniami - czy zmarła z przyczyn naturalnych a może nie - nawet sekcja zwłok nie dala jednoznacznych odpowiedzi.
Dziś możemy jedynie włączyć płytę lub posłuchać w internecie jej niesamowitego głosu.
***
Kochani, to już koniec naszej podróży po polskiej muzyce lat 60-tych. Mam, jak zawsze ;) nadzieje, że przeczytaliście tu coś o czym wcześniej nie słyszeliście, albo nie wiedzieliście. Że muzyka tego okresu w jakiś sposób stała Wam się bliższa i może nawet sami zechcecie głębiej poszperać. Kto wie - może jutro u kogoś z Was pojawi się na odtwarzaczu mp3, albo na telefonie kilka utworów z tych lat? ;) Trzymam za to mocno kciuki :)
A sama tymczasem posłucham VV i "Dla Ciebie miły"a zaraz potem "Non c'est rien" :) Szczerze polecam - aż ciarki przechodzą...